Otwieram oczy i jest 14 lutego. Walentynki. Zapewne mogłabym oczekiwać, że mój partner w ten dzień czymś mnie zaskoczy – wystawna kolacja, wyjazd za miasto, romantyczny spacer albo chociaż kino i pizza. Ja zapewne też powinnam mieć dla niego jakiś prezent… Ale nie mam. On też nie ma. Nie będzie wyjątkowo. Ten dzień spędzimy w pracy. On ma zlecenie, a ja zgłosiłam się na ochotnika, żeby mu pomóc. Lubimy spędzać razem czas. Dobrze nam się współpracuje.
Jako prezent do wyboru miałabym asortyment wszystkich sklepów – od cukierni po sklepy motoryzacyjne lub sportowe. Ale nie mamy pieniędzy. Jako prezent daję więc siebie – swoje serce, swoje zaangażowanie, swoją pomoc i swój czas. W rewanżu dostaję to samo i jestem wdzięczna.
Jestem wdzięczna za spędzone razem lata, za wsparcie i ciepło, za trzymanie mnie za rękę, kiedy płakałam, za wiarę we mnie, za to że mówi, że jestem piękna, kiedy jestem najbrzydsza, za to że chorą nosił mnie na rękach, za miliony innych rzeczy dawanych codziennie – nie w Walentynki, ale w jakiś poniedziałek, jakiś czwartek, jakąś niedzielę, zimą i latem.
Czasem się kłócimy. Często się nie rozumiemy. Wtedy rozmawiamy nocami, spacerując i obchodząc kilkakrotnie osiedle lub jeżdżąc po okolicznych drogach samochodem. Zazwyczaj płaczę. Dziesiątki razy oboje traciliśmy poczucie sensu bycia razem, wątpiliśmy. Zawsze jednak wracaliśmy do naszego domu – do poczucia pewności i akceptacji, do bezpieczeństwa i wsparcia, do tego, co w relacji najważniejsze – do jedności, wyrażanej poprzez bliskość i wzajemność.
Nie umiem wytłumaczyć, czym jest udane partnerstwo. Tyle już o tym mądrego napisano… Ale jeśli nie jest troską, dbałością, chęcią spędzania wspólnie czasu i wspólnie pitą wieczorem herbatą, to nie wiem, doprawdy, czym jest.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz